Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą biblioteka. Pokaż wszystkie posty

Z pamiętnika bibliotekarza. Część 4: Biblioteczny Disneyland

Z pamiętnika bibliotekarza. Część 4: Biblioteczny Disneyland
Biblioteka to dla instytucji publicznych trochę takie niechciane dziecko - urodziło się, to coś trzeba z nim robić. Najlepiej zaakceptować i poświęcać absolutne minimum uwagi i środków. A jeśli przypadkiem to dziecko okaże się zdolne lub ładne, to można będzie się nim pochwalić przed obcymi. Niestety takie odczucia ma wielu bibliotekarzy, pracujących czy to w bibliotekach miejskich (gminnych) czy uczelnianych. Nie będę już nawet pisać o zarobkach, bo o tym problemie wspominałem w poprzednich wpisach. W tym chodzi mi o kwestie zapewnienia warunków do funkcjonowania samej biblioteki.

Można powiedzieć, że ja właściwie miałem szczęście, bo moja biblioteka mieściła się w nowoczesnym budynku, zaprojektowanym specjalnie dla niej. Nowe wyposażenie, sprzęt. Bajka po prostu. Przynajmniej tak to wyglądało na pierwszy rzut oka. Na drugi, trzeci i kolejne okazywało się, że ten cały rozmach był robiony trochę na "odwal się". Budynek oczywiście był ładny i nowy. Tylko tak jakoś nikomu nie przyszło do głowy, żeby zaprojektować miejsca pracy dla samych bibliotekarzy. Wygląda na to, że zarówno architekt, jak i zleceniodawca (czyli władze Uczelni) myśleli stereotypowo - bibliotekarz ma siedzieć za ladą, wpuszczać czytelnika i wypożyczać książki. Tylko gdzie ma te książki katalogować? Gdzie usiądzie po dyżurze, żeby zająć się tą mniej widoczną częścią swoich obowiązków? Oj tam, oj tam, coś się wymyśli. W końcu sami wymyśliliśmy sobie miejsca pracy, tyle, że takie trochę mało wygodne, ziejące wręcz prowizorką, bo pan architekt zaprojektował tak i nie pozwala wprowadzać zmian do swojego dzieła.

A może my po prostu nie docenialiśmy jego geniuszu? Po pierwszej większej ulewie okazało się że przyszło nam pracować w bibliotece z basenem. I co najważniejsze basen był darmowy - woda sama wlała się do magazynu, bo kratki odpływowe były zbyt małe i źle rozmieszczone. Dlaczego my w ogóle narzekaliśmy? Zamiast nudnego przyklejania etykiet, mieliśmy zapewnione godziny pluskania się w wodzie. Inne zakłady pracy najwyżej zapewniają pracownikom karty multisport, my mieliśmy basen z dostawą do biblioteki. I to kilka razy w ciągu roku.

Reszta była równie nowoczesna, lady pękały pod ciężarem monitorów, krzesła rozpadły się już po miesiącu, więc siedzieliśmy na takich starszych niż większość z nas (oficjalnie nie istniały, bo były już wykreślone z rejestru, ale ktoś przezornie ich nie wywiózł na wysypisko). Mieliśmy też zapewnioną wspaniałą klimatyzację, która to latem, gdy temperatura na dworze przekraczała 30 stopni, doznawała przegrzania (bo Geniusz Architektury zaplanował umieszczenie aparatury w najbardziej nasłonecznionym miejscu). Podkręcenie klimy wyzwalało dźwięki podobne piskom stada zarzynanych małp. Ale zimą klima chodziła jak marzenie.

Ale dość tego pisania o nas. Czytelnikom budynek też zapewniał atrakcje. Projekt zakładał bibliotekę przyjazną niepełnosprawnym. Wiecie: windy, podjazdy itp. Windy oczywiście były, dość wąskie, ale jak student pokombinował, to wjechał i nie zawadził kołem o kabinę. Gorzej było z samym wejściem do biblio, bo nikt nie przewidział, żeby klamki były trochę niżej. Na całe szczęście, przed drzwiami przeważnie tłoczyli się studenci, więc zawsze ktoś uczynnie otworzył drzwi koledze/koleżance na wózku. Dalej była wysoka lada. Ale było mi głupio pewnego razu, gdy usłyszałem skądś "Dzień Dobry!". Rozglądam się, nikogo nie ma. Po chwili znowu i jeszcze "Tutaj jestem, za ladą". Wychylam się, a tam dziewczyna na wózku. No nie widziałem jej ani przy wejściu, ani jak się ze mną witała. Założenia były takie - biblioteka przyjazna dla każdego. Dlaczego wyszło jak wyszło? Koleżanka usłyszała kiedyś odpowiedź od zaprzyjaźnionego Bardzo Ważnego Profesora: "A, bo miało być ładnie i jak najtaniej."

Najtaniej kupowano także inne elementy wyposażenia, przez pewien czas zastanawialiśmy się czy nie promować się hasłem reklamowym: "Przeżyj wstrząs w bibliotece!" lub "Elektryzująca biblioteka." Wszystko przez wspaniałe wykładziny, już po zrobieniu kilku kroków czytelnik był tak naelektryzowany, że wystarczyło sięgnąć po książkę stojącą na metalowym regale, aby nastąpiło wyładowanie. Szczególnie popołudniowe dyżury obfitowały w nieustanne "auć!" wydawane przez zelektryzowanych studentów.

Przyznaję, że powyższe zarzuty mogą właściwie pasować do każdej instytucji publicznej, bo większość z nas zetknęła się z magią przetargów. A my i tak byliśmy szczęściarzami, bo mieliśmy Najlepszą Kierowniczkę na Świecie, która wiele mogła załatwić rozmową z Kim Trzeba. Choć czasami opadały nam skrzydła, gdy widzieliśmy jak wielkim wysiłkiem jest wyegzekwowanie naprawy czegoś w ramach gwarancji, a Wszyscy Święci dziwili się dlaczego my narzekamy, przecież budynek jest taki piękny i nowoczesny. Oczywiście na oficjalne otwarcie stawili się Wszyscy Święci Uczelniani. Ściskali sobie łapki, udzielali wywiadów lokalnym mediom. Byli dumni, że dzięki nim powstał tak wspaniały budynek. Śledząc relacje odnosiliśmy wrażenie, że uroczystość odbyła się w zupełnie innym miejscu, zwłaszcza, że jak na ironię tego dnia wszystko działało jak trzeba - nie było wyładowań, klima również pracowała po cichutku... Na szczęście następnego dnia wszystko wróciło do normy i znów mogliśmy pracować w naszym szalonym, bibliotecznym Disneylandzie.
Read More

Z pamiętnika bibliotekarza. Część 3: Po ciemnej stronie lady

Z pamiętnika bibliotekarza. Część 3: Po ciemnej stronie lady
Większość ludzi na dźwięk słowa "bibliotekarz/bibliotekarka" ma przed oczami starszego faceta w kamizelce i tatusiowych spodniach lub szarą mychę, z kokiem, w spódnicy do kostek i obowiązkowo w grubych okularach. Do tego bibliotekarz musi być niesamowicie nudną osobą i wszystkich tylko ucisza. Cóż, rozczaruję Was. Pracując w biblio miałem możliwość odwiedzenia innych bibliotek, w większości w Polsce, ale udało mi się być  nawet "za granico" (takie wyjazdy szkoleniowe dla bibliotekarzy). I nigdzie nie spotkałem stereotypowego bibliotekarza. Nawet jeśli ktoś początkowo wydawał się odpowiadać takiemu wizerunkowi, to przy bliższym poznaniu okazywało się, że jest interesującym człowiekiem.

Jednak nie jest tak, że biblioteka nie zmienia ludzi, ta praca ma coś takiego w sobie, że kiedy przekroczysz drugą stronę lady, stajesz się innym człowiekiem. Dopada Cię Ciemna Strona Lady. W zdecydowanej większości przypadków ta ciemna strona jest zupełnie łagodna zarówno dla bibliotekarza jak i jego otoczenia. Ot nabiera on tylko trochę dziwnych zwyczajów, a wszystko wokół kojarzy mu się z jego pracą. W moim przypadku bardzo irytujące stało się wpatrywanie w półki z książkami w domach - czy to moim rodzinnym, czy to u znajomych. Nie mogłem znieść faktu, że książki stoją na półkach nieuporządkowane. Ani alfabetycznie, ani tematycznie. Tak bezkarnie! No jak tak można? Zdziwicie się, ale nawet teraz, choć minęło już kilka lat, kiedy odkładam na domową półkę nową książkę, szukam dla niej miejsca zgodnie z klasyfikacją Deweya. I nie daj Boże, żeby wpadła mi w ręce książka z pozaginanymi kartkami - no czy Wy ludzie nie macie zakładek? Albo popisana - horror! Sami się pomażcie długopisem lub markerem!

Inne biblioteczne natręctwo pojawia mi się, gdy tylko wejdę do księgarni - kiedy już dostanę w swe łapy interesującą książkę, nie czytam streszczenia lub recenzji na tylnej stronie okładki, jak robi to większość normalnych ludzi. Zerkam na ISBN (taki numer nadawany każdej książce), rok i miejsce wydania. Po co? A któż to wie, przez kilka lat byłem przyzwyczajony robić to z każdą nową publikacją i tak mi zostało. Czasem na całe życie do głowy wchodzi charakterystyczna terminologia, kiedy do kin wchodził film "Rewers" z Agatą Buzek, byliśmy w pracy przekonani, że to film o bibliotekarzach (zwłaszcza, że aktorka na plakacie wyglądała trochę jak stereotypowa koleżanka po fachu), a tytułowy rewers to ten świstek, na którym składasz zamówienie z magazynu.

Ale są też bardziej przydatne zdolności, które nabywasz w bibliotece i możesz je wykorzystać w codziennym życiu. Ja na przykład nauczyłem się rozumieć machinę urzędniczą. Serio - załatwienie najprostszej rzeczy na uczelni wymagało przygotowania kilku pism, przybicia odpowiednich pieczątek, odpowiedniego umotywowania, biegania po podpisy kolejnych osób - kierownika biblioteki, kierownika instytutu, dziekana, pani z księgowości... I każdy z nich musiał puścić dokument w swój mały obieg urzędniczy. Przy odrobinie szczęścia sprawa po kilku miesiącach została przepchnięta. Po kilku takich spotkaniach z Bardzo Ważnymi Osobami na uczelni żaden ZUS czy Urząd Skarbowy Ci nie jest straszny. Nauczysz się w dodatku rozmawiać z urzędnikami, a nawet zaczynasz im współczuć, że są niewolnikami procedur - tak samo jak Ty kiedyś byłeś niewolnikiem pieczątek i podpisów, drogi były bibliotekarzu z uczelnianej biblioteki. Pamiętaj, że każda sprawa, każdy dokument ma swój bieg i Ty jesteś tylko trybikiem w tym systemie. Tak swoją drogą, czasem jak zaczęliśmy się przyglądać niektórym procedurom, to okazało się, że wiele z nich jest zupełnie niepotrzebnych. Kiedy wspólnymi siłami udało nam się je uprościć, inne biblioteki spojrzały na nas z zazdrością i zdziwione stwierdziły, że "jednak można prościej i łatwiej". Choć muszę uczciwie przyznać, że byli i tacy bibliotekarze, którzy byli skłonni nazwać nasze poczynania herezją i świętokradztwem.

Kolejny, przydatny przynajmniej dla mnie, nawyk biblioteczny to rozpoznawanie książek po kroju czcionki. Po co to? Ano zajmuję się trochę tłumaczeniami, pewnego razu dostałem zlecenie przetłumaczenia na polski kilku skserowanych stron z jakiejś książki. Problem polegał na tym, że tekst był bardzo specyficzny, odnosił się do szerszego kontekstu, a ja nie za bardzo go znałem i nie byłem pewien czy właściwie oddam to, co autor miał na myśli. Żebym chociaż wiedział jaka to książka, kiedy była wydana, zleceniodawca nie odbierał telefonu, a termin wykonania tłumaczenia zbliżał się nieubłaganie. Na szczęście w głowie zostało mi coś z tysięcy zakatalogowanych książek - nie będę Wam ściemniać, że rozpoznałem tytuł po fragmencie tekstu. Aż tak to mnie nie poraziło. Ale zapamiętałem, że ten charakterystyczny krój czcionki łacińskiej był używany przez drukarnie w Związku Radzieckim w latach 60-tych XX wieku. Wiedząc jakim kryterium kierują się bibliotekarze podczas katalogowania, wiedząc kiedy wydano książkę, po kilkudziesięciu minutach miałem ściągnięte streszczenie i poznałem dokładniejszy kontekst tłumaczonego fragmentu.

Inną, bardzo cenną zdolnością bibliotekarza jest umiejętność rozmów z trudnym klientem. Tę właśnie umiejętność ująłem jako moja mocna strona, gdy starałem się o nową pracę. Kiedy osoba rekrutująca zapytała się mnie jakim cudem nauczyłem się tego w bibliotece, odpowiedziałem: "Studiowała pani, prawda? Czy umiałaby pani przekonać dziekana do zapłacenia 5 zł kary? Nie? A ja przekonałem i to niejednego." Podziałało, bo dostałem tę robotę :)

Ciemna strona lady pochłania i zmienia człowieka, tylko od Ciebie zależy jak daleko się w tym posuniesz. I choć może minąć wiele lat od kiedy opuścisz magazyny, to wiedz, że coś z bibliotekarskich zboczeń zawodowych u Ciebie zostanie. Bo z biblioteką jest tak, że Ty ją możesz zostawić, ale ona Ciebie już nie opuści tak łatwo.
Read More

Z pamiętnika bibliotekarza. Część 2: przychodzi czytelnik do biblioteki

Z pamiętnika bibliotekarza. Część 2: przychodzi czytelnik do biblioteki
Nie da się ukryć, że w bibliotece najważniejszy jest i będzie czytelnik. Jeśli jesteście bibliotekarzami, to pewnie nie raz słyszeliście pseudomądrości w stylu "stoimy na froncie nauki/kultury", czy "chronimy cenne księgozbiory". Fakt, bibliotekarz za swą ladą stoi na froncie, nie da się ukryć. A jak się ukryje, to czytelnik i tak go odnajdzie :) Ochronę dla cennych książek też zapewnia, choć jak kiedyś w zalanej piwnicy znalazłem książki z XIX wieku to zacząłem wątpić, czy komuś na prawdę zależy na tej ochronie księgozbiorów. Bo wydawało się, że moje znalezisko to tylko dodatkowy kłopot dla uczelni. Jednak przede wszystkim biblioteka to taka starsza wersja Google. A bibliotekarz to bot, który pomaga w procesie wyszukiwania. Obojętne czy mówimy o bibliotece, przedsiębiorstwie, czy jakiejkolwiek instytucji, bez klienta ich istnienie nie ma sensu (choć znalazłbym kilka urzędów, które zdają się istnieć same dla siebie). Praca bibliotekarza to praca dla czytelnika - dla niego zamawia się książki, dla niego się je kataloguje, wyszukuje i udostępnia. Dla czytelnika istnieje system kar i monitów, żeby ktoś mógł wypożyczyć książkę, którą ktoś inny przetrzymuje. I właśnie czytelników najlepiej się zapamiętuje. Oczywiście najczęściej tych charakterystycznych, bo normalni giną w mrokach przeszłości. Często zdarzało mi się, że w pubie ktoś mnie poznawał: "O pan z biblioteki", a ja go nie kojarzyłem.
-Nie kojarzy mnie pan?
Odpowiadałem:
- Tym lepiej dla Ciebie, to znaczy, że nie zrobiłeś nic głupiego.

Nie chcę nieporozumień, dlatego powtórzę - większość czytelników to zupełnie normalni ludzie, którzy zlali mi się w jedną masę. Ciekawsi byli kosmici, czasem bawili, czasem wkurzali, ale to właśnie oni byli smaczkiem tej pracy i o nich teraz opowiem.

W bibliotece uczelnianej mamy dwa typy czytelników: wykładowcy i studenci. Są jeszcze goście spoza uczelni, ale ci niczym szczególnym się nie wyróżniali. Typowego wykładowcę poznaje się po tym, że wchodzi pewnym krokiem i zamiast "dzień dobry" (albo tuż po) wysuwa żądania. Z tej grupy najfajniejsi są doktoranci (szczególnie ci dzienni), ale własciwie to są ludzie z pogranicza studentów i wykładowców. Niby uczą innych, ale wciąż uczą SIĘ. Cała uczelnia traktuje ich jak zbieraczy bawełny, więc z zasady sa przyzwyczajeni do samodzielnego szukania książek, płacenia kar i "wpisowego". Pracownicy naukowi są już zupełnie inni. Niepisana zasada głosi, że im krócej ma tytuł doktora lub im dłużej na niego pracował, tym bardziej wredny z niego typ. Wredny oczywiście dla tego, dla którego może być wredny. Profesorowi nie podskoczy, pani z sekretariatu/dziekanatu tym bardziej. Ze studentami lepiej nie przesadzać, bo ci wystawiają wykładowcy ocenę, więc zostają bibliotekarze. Pamiętam takiego jednego - już od progu darł się na wszystkich. Prywatnie (miałem okazję go poznać przy piwie) bardzo sympatyczny koleś, ale w bibliotece - demon. Co wrażliwsze koleżanki bladły na sam dźwięk jego nazwiska. Tylko jeden doświadczony bibliotekarz był w stanie mu się postawić, a wtedy było to jak starcie tytanów.

Większość takich wykładowców buntowała się już na same słowa: "wszystkie egzemplarze wypożyczone". Informacja o naliczeniu kary tylko pogarszała sytuację. Jak to? On, Doktor ma płacić 2 zł kary? Przecież on ma dorobek naukowy, jego artykuł jest w międzynarodowym piśmie, które mamy w swoich zbiorach. On ma płacić? Nie daj Boże jeszcze by się okazało, że dostał monit. Jak śmiesz bibliotekarzyno wysyłać mi monit? Jeszcze mam pokryć koszty wysyłki monitu? Gdzie jest kierownik? W takich sytuacjach najlepiej było wspomnieć: "Jeśli pan uważa, że kara jest niesłuszna, można napisać skargę, ale system naliczył ją zgodnie z regulaminem. Wszyscy płacą, wczoraj dziekan płacił u mnie 20 zł kary." W miejsce dziekana można było wstawić nazwisko dowolnego uznanego profesora, wtedy Doktor coś tam jeszcze burknął, wyciągał portfel i płacił. Starsi wykładowcy, już habilitowani, zazwyczaj byli sympatyczniejsi, tylko często cierpieli na przypadłość polegającą na kłopotach z pamięcią i nie chcieli się do tego przyznać: "Gdzie jest antologia współczesnej literatury szwedzkiej? Dawałam ją panu do skatalogowania, taka zielona z ręką na okładce". Po miesiącu poszukiwań okazało się, że antologia była u pani profesor w szufladzie, okładka była niebieska, nie z ręką, tylko z okiem, a w ogóle to literatura była duńska. Usmiech i "ha ha, niech pan sobie wyobrazi, że ktoś ją włożył do mojej szuflady" były bezcenne.

Najwięcej emocji dostarczali jednak studenci. W wielu przypadkach długo zastanawiałem się nie tyle nad tym jak dostali się na studia, ile jak wydostali się z rodzinnej miejscowości, bo już samo kupno biletu na PKS musiało być dla nich sporym wyzwaniem. Chciał się raz zapisać taki agent, nie mógł sobie poradzić z wypełnieniem prostego formularza (imię, nazwisko, adres, kierunek studiów), no to w przypływie dobrej woli zdecydowałem się pomóc. Swoje dane znał, gorzej z kierunkiem studiów. Niektóre kierunki mają skomplikowane nazwy, więc staram się go naprowadzić:
- Gdzie pan się uczy?
- Tu
- Ale na jakim kierunku?
- Filologia
- Ale jaka filologia?
- Neo filologia
- Wydział Neofilologii, tak jest taki. Ale jaki język?
- Co ma pan na myśli?
Przeszedłem na jego poziom:
- Uczą pana literatury, gramatyki, słówek, prawda?
- No tak.
- I jaki to język?
- Angielski
- Tylko angielski?
- Tak
- No to zagadka rozwiązana. Studiuje pan filologię angielską.
Faktycznie, bardzo skomplikowany kierunek. Myślałem początkowo, że koleś sobie robi ze mnie jaja, ale im głupszy obrót przyjmowały sprawy, tym poważniejszą miał minę. Czasem się zastanawiam czy skończył studia i ma dziś wyższe wykształcenie.

Prawdziwym hitem był student szukający pewnej książki, którą akurat chwilę przed jego przyjściem odłożyłem na półkę. Wziąłem od niego legitymację, wydałem żeton z numerem 112 i wytłumaczyłem, że książka jest na piętrze, na takiej półce, na tym konkretnym regale. Koleś poszedł (był spory ruch, więc nie zwracałem uwagi gdzie lezie), po jakimś czasie wraca i mówi, że nie ma takiej książki, a pani mówi, że u nich takiej w ogóle nie ma. Zdziwiłem się, bo na piętrze dyżur miał kolega, więc pytam która pani powiedziała. "No pani z pokoju 112". Okazało się, że ta ofiara polazła do budynku dydaktycznego, do pokoju 112, bo tak miał napisane na żetonie, który mu wydałem. Ale zrobił z siebie idiotę tylko przede mną, bo traf chciał, że w pokoju 112 też mieściła się biblioteka, tylko taka mała, należąca do jednego instytutu. Jak widać głupi ma szczeście, bo nie chciałbym być w jego skórze gdyby wparował do sali pełnej studentów i powiedział, że szuka książki.

Twarde prawa ewolucji zdają się eliminować niektórych studentów, jeśli nie ze społeczeństwa w ogóle, to przynajmniej ze społeczności akademickiej. Była taka jedna studentka, zapamiętałem ją, bo był koniec czerwca, wszyscy oddawali co mieli, a ona wypożyczała wielkie, grube tomiszcze. Po jakiejś godzinie przyniosła je z powrotem, ruch był mniejszy, więc zagaduję:
- O, już pani przeczytała.
Teraz wyobraźcie sobie piskliwy głos, machanie łapkami i uśmiech od ucha do ucha:
- A wie pan, myślałam, że obleję, ale zdałam. Zdałam. Co prawda na dopuszczający, ale zdałam!
- Hmm, dostała pani 2?
- Tak, nie ma się czym chwalić, ale dobrze, że nie 1.
- Wie pani, że na studiach nie ma jedynek? 2 to niedostateczny.
- Jest pan pewien?
- Jestem pewien.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
- To ja może jednak zatrzymam tę książkę do września.
I tak paskudny bibliotekarz zepsuł uroczej niewieście humor i powstrzymał bezlitosną ewolucję. Albo jedynie opóźnił to, co wydawało się być i tak nieuniknione.

Jako były bibliotekarz płci męskiej najlepiej wspominam czytelniczki, nie tylko dlatego, że moda na biodrówki i skąpą bieliznę w połączeniu z poszukiwaniem książek na najniższych półkach w czytelni przyczyniła sie do tego, że pracując w bibliotece naoglądałem się najwięcej gołych tyłków w życiu. Głównie dlatego, że faceci w najlepszym przypadku byli po prostu zamuleni, jak ci dwaj opisani wyżej. Z dziewczynami zawsze było wesoło. Nawet jeśli przyszła gwiazda, taka z zadartym nosem, wymamrotała, że chce oddać książkę. Starając się ignorować nędznego bibliotekarza sięgnęła do torebki i wyciągnęła wolumin tak szybko, że przyklejona od spodu podpaska tylko zafurkotała skrzydełkami. Cóż mi pozostało do zrobienia? Siedzący obok kolega zjechał ze śmiechu pod ladę, ale ja postanowiłem być profesjonalistą (choć tak niegodnym rozmowy z gwiazdą). Wziąłem książkę, odlepiłem podpaskę (jakie to szczęście, że nieużywaną - choć trochę to dziwne, bo co prawda nie jestem ekspertem, ale wydawało mi się, że nieużywane powinny być w coś zapakowanie, nie?) i oddałem mówiąc: "To chyba pani, bo nie wchodzi mi na czytnik". Kątem oka dostrzegłem, że gwiazda staje się coraz bardziej purpurowa. Długo potem jej nie widziałem, a kiedy w końcu się zjawiła, już tak noska nie zadzierała.

Pracując w bibliotece można zauważyć jak studenci się rozwijają, jak dojrzewają. Czasem aż za bardzo. Na początku października na jeden z moich dyżurów przyszła w towarzystwie mamy studentka pierwszego roku. Trzeba przyznać, że mama była bardzo energiczna, bardziej niż córka. "Zapytaj pana o to... zapytaj o tamto... daj ja wypełnię za ciebie". Dziewczyna chyba nawet chciała coś powiedzieć, ale matka wyrwała jej formularz zapisu i tak się rozpędziła, że nawet się pod nim podpisała. Oj nie była zadowolona, gdy powiedziałem, że to student oświadcza, że zapoznał się z regulaminem i go akceptuje, więc nie mogę tego przyjąć i studentka musi sama wypełnić formularz. Córeczka chyba pierwszy raz w życiu wypełniła coś samodzielnie. Choć dostrzegłem u niej delikatną radość, że wreszcie wyrwie się spod uwierających skrzydeł matki... Uwierzcie mi, że się wyrwała. Pod koniec roku akademickiego przyszła do mnie z książką oznaczoną "do korzystania na miejscu", połozyła piersi na ladzie (czerwiec, T-shirt, brak stanika) i robiąc słodkie oczka oświadczyła, że ona wie, że nie może tej książki wziąć do domu, ale "ja bym bardzo chciaaaaałaaaaaa na ten wieczór wziąć ją do domu, punkt ksero już zamknięęęęętyyyyy i niech się pan zgodzi i to będzie nasza tajemnicaaaaa". Nie zgodziłem się. Taki byłem wredny i nieczuły na jej prośby. Może gdyby mnie poprosiła normalnie, to bym poszukał czy jest drugi egzemplarz, może bym zaproponował, że odłożę książkę, żeby sobie jutro skserowała. Ale, bądźmy szczerzy, robić maślane oczy do profesora, do egzaminatora na prawo jazdy, czy do policjanta gdy zatrzyma na drodze... no jest to niezbyt w porządku, ale jakoś potrafię to zrozumieć. Ale do bibliotekarza, żeby pozwolił zabrać książkę do domu? No są jakieś granice.

Na zakończenie tej części bibliotekarskiej opowieści muszę uczciwie przyznać, że czasem także bibliotekarzom zdarzają się chwile zaćmienia i pewnie nie raz sami ubawiliśmy czytelników. Wryło mi się w pamięć jedno zdarzenie, kiedy do koleżanki pełniącej dyżur przy ladzie podbiegł czytelnik i zapytał:
- Proszę pani, gdzie znajdę "Doktora Faustusa"? ("Doktor Faustus" to powieść T. Manna - przyp. autora)
Na co koleżanka ze zdumieniem odparła:
- Drogi panie, ja nie znam wszystkich wykładowców. Nie wiem gdzie on się teraz podziewa.

Na tym zakończę drugą część bibliotecznych wspomnień. Kwiatki z udziałem czytelników mają to do siebie, że przypominają się w zaskakującym momencie, więc jak coś mi się przypomni, to postaram się je zebrać i kontynuować ten temat. A przed nami jeszcze sporo innych opowieści, między innymi o samych bibliotekarzach i o instytucjach, które tych bibliotekarzy zatrudniają.
Read More

Z pamiętnika bibliotekarza. Część 1: zaczepiony pomiędzy regałami

Z pamiętnika bibliotekarza. Część 1: zaczepiony pomiędzy regałami
Dawno, (ale nie aż tak) bardzo dawno temu byłem bibliotekarzem. Tak się ułożyło, że zaraz po skończeniu studiów zaczepiłem się na jakiś czas pomiędzy regałami. Był to okres poświęcony na kończenie drugiego kierunku, rozglądanie się za docelową, właściwą z wykształceniem, pracą. Czas spędzony za biblioteczną ladą i w zakurzonych magazynach pozwolił mi poznać bibliotekę od drugiej strony i zobaczyć studentów i wykładowców (i wreszcie całą uczelnię) w nieco innym świetle. W swojej opowieści skupię się na specyfice biblioteki uczelnianej, bo właśnie w takiej osiadłem, choć myślę, że wiele elementów z tej historii rozpoznają także bibliotekarze i czytelnicy z innych bibliotek.

Gdy pierwszego dnia przyszedłem do nowej pracy, podobnie jak większość czytelników myślałem, że praca w bibliotece to nudna i banalna robota, która niewiele się różni od zajęcia szatniarza – wziąć legitymację/kartę i wydać numerek; wbić książkę na konto; pobrać karę. Banał jakich mało. Jednak już na pierwszym dyżurze dowiedziałem się, że od bibliotekarza wymaga się wiedzy porównywalnej z tą, jaką posiadają wykładowcy. Najlepiej wszyscy razem wzięci. Nie wierzycie? Otóż wyobraźcie sobie ilu mamy na naszych uczelniach leniwych wykładowców, którzy, czy to na wykładzie, czy to na seminarium, zbywają studentów słowami: „Znajdziecie to państwo w bibliotece”. Skoro tak, to student idzie do katalogu, na którym i tak prędzej czy później polegnie, następnie biegnie do bibliotecznej lady i pyta bibliotekarza o niemiecką literaturę romantyczną, taką książkę, która pozwoli przygotować się na ustny do prof. X, taki podręcznik do historii Rosji (ten siwy, niski profesor prowadzi z niego wykład) i zbiór koreańskich podań ludowych (oczywiście w oryginale). I najlepiej, żebyś bibliotekarzu nie tylko wiedział, gdzie taka książka się znajduje (a podobno jest w zielonej okładce), ale także wskazał jeszcze na której stronie będzie interesujące czytelnika opowiadanie, artykuł, sonet… "Jak to tylko do korzystania na miejscu? Nie mogę zabrać na jeden dzień?" W międzyczasie musisz patrzeć, czy ktoś nie wynosi książek, pobrać opłatę, karę, założyć konto nowemu czytelnikowi.

Ale siedzenie za ladą, czy bieganie między regałami to jeszcze nie wszystko, co robi bibliotekarz. Tak, pewnie domyślacie się, że realizuje on zamówienia z magazynu. Żeby takie poszukiwania książki odniosły pozytywny skutek, bibliotekarz najpierw musi książkę opisać. I tu zaczyna się tajemnicza, odbywająca się pod ziemią (akurat tak było w przypadku mojej biblioteki) praca. Nie sztuką jest przystawić na książce pieczątkę i wstawić ją na półkę, trzeba jeszcze wiedzieć na której półce musi się ona znajdować. Dlatego najpierw, kiedy przyjdą nowe książki, trzeba je opisać w księdze inwentarzowej, opieczętować, zabezpieczyć, żeby bramka pikała. Jeśli mamy zakup, to pewnie jest faktura, więc wartość mamy podaną. Jeśli dar, to nie dość, że musimy oszacować ile ta książka jest warta (biblioteczna zgaduj-zgadula), to jeszcze napisać podziękowanie dla darczyńcy. Następnie otwieramy wolumin i staramy się dowiedzieć o czym on właściwie jest. Pół biedy jeśli po polsku (lub w innym języku, który akurat znamy). Gorzej, gdy każą Ci opisać coś po japońsku. Przyznaję, że pomoc Wujka Google jest nieoceniona, choć i Internet nie zawsze pomoże, jeśli na przykład wyniki wyszukiwania wyskoczą w języku oryginalnym. Albo będą niedokładne, wtedy trzeba przewertować strony, szukać streszczenia, tytułów rozdziałów, czasem nieźle pokombinować. Jeśli mamy do czynienia z literaturą piękną, trzeba jeszcze ją zakwalifikować do odpowiedniego okresu literackiego, a te nie muszą być identyczne w każdym kraju. Siłą rzeczy musisz się dokształcić w kilku dodatkowych dziedzinach. Jeśli katalogujemy coś traktującego o bardzo wąskiej specjalności, warto dowiedzieć się więcej na dany temat - nie dla zasady, ale dla czytelnika, który zainteresowany tematem będzie szukać pozycji po konkretnym haśle.

Dla utrudnienia, katalogowanie komputerowe to nie zwyczajne wpisywanie pozycji w okienka - początkowo myślałem, że to właśnie na tym polega. Do katalogowania używa się specjalnego formatu, można by powiedzieć "języka katalogowania", np. Marc 21. W dużym uproszczeniu chodzi o to, że otwieramy sobie czystą kartę w programie i wpisujemy dane książki (tytuł, autor, rok, miejsce wydania, język, kraj, hasła...) poprzedzając je odpowiednimi kodami. Oczywiście można sobie zapisać te kody i co chwilę zerkać, ale spróbujcie napisać kilka zdań, poprzedzając każde kilku znakowym kodem. Ciągłe zerkanie do notatek bardzo utrudni pracę, więc najlepiej się tych kodów nauczyć. Na szczęście dość łatwo wchodzą do głowy i już po miesiącu pracy mogłem skatalogować większość książek bez zerkania do notatek. Zapytacie pewnie po co tak utrudniać katalogowanie. Czy nie można zrobić prostego programu, w którym będą pola do wypełnienia i już. Otóż dzięki tym kodom program rozpozna czy "Pan Tadeusz" to tytuł, czy autor. Programy komputerowe dość często są aktualizowane, więc w przypadku zmiany oprogramowania, nie trzeba od nowa katalogować wszystkich książek, bo nowa wersja rozpozna wszystkie kody. W teorii, bo w praktyce i tak zawsze coś się posypie. Swego czasu zdobyłem "zaszczytny" tytuł pierwszego bibliotekarza, który zawiesił nowiusieńki program który dostaliśmy do testowania - serwer padł już w pierwszej minucie mojej pracy.

Jak widzicie moi drodzy, bibliotekarz musi być trochę szatniarzem, trochę detektywem, trochę psychologiem (jeśli wpadnie spanikowana studentka, która boi się egzaminu i sama nie wie co powinna jeszcze przed nim wkuć) i trochę programistą. Nie wiem jak innym bibliotekarzom, ale mnie kodowanie w Marc 21 przypominało zabawę z html-em. Po jakimś czasie da się to wszystko opanować, zapamiętać gdzie stoi konkretna książka i nawet często szedłem do pracy zastanawiając się co też przyniesie nowy dzień i z optymizmem czekałem na to, co się zdarzy. Choć skończyłem dosyć wąską specjalność, dzięki pracy w bibliotece sporo się nauczyłem - chcąc nie chcąc sięgałem po książki z różnych dziedzin i niejedną z nich przeczytałem podczas nudnego dyżuru popołudniowego.

Ta praca była na prawdę bardzo fajna (w kolejnych odsłonach tej opowieści to udowodnię), byłaby idealna, gdyby nie zarobki. Cóż, wymagało się od nas wyższego wykształcenia, znajomości języków obcych, rozeznania w dziesiątkach, setkach tysięcy pozycji w księgozbiorze, udziału w kursach, szkoleniach, odpowiedzialności za pieniądze pochodzące z kar czy wydanych kart, a większość z nas zarabiała mniej niż kasjer w markecie. Na dzień dobry dostałem najniższą krajową, później każda podwyżka jakoś tak dziwnie zbiegała się z podniesieniem przez rząd najniższego wynagrodzenia i nigdy nie mogłem się przebić przez gwarantowaną stawkę. Raz się zdarzyło, że związki zawodowe wywalczyły ekstra podwyżkę dla bibliotekarzy (niektórzy dostali nawet 100 złotych więcej - brutto oczywiście), to jej warunki zostały tak określone, żeby mogło załapać się jak najmniej osób. Ja się nie załapałem, bo ktoś stwierdził, że pracownik na zastępstwie ma mniejszy żołądek niż pracujący na "własnym" etacie. Może byłem zbyt gruby i Jego Magnificencja uznał, że dla własnego dobra muszę schudnąć? Ale przynajmniej dziady ze związków miały powód do chwalenia się, bo załatwiły podwyżki.

Było by bardzo ciężko gdyby nie Dział Socjalny - można było dostać bonus w postaci obniżki czesnego  za drugi kierunek, można było mieszkać w akademiku, który kosztował mniej niż najtańsze mieszkanie w mieście. Jak na początek tego tak zwanego dorosłego życia, było nie najgorzej. Tylko z czasem zaczęło się odczuwać permanentny brak gotówki na najbardziej podstawowe potrzeby. A jak myśleć o założeniu rodziny, skoro nie da się wyrwać z akademika? Choć podpisałem umowę o pracę, a publiczny pracodawca spełniał wszystkie wymogi wynikające z kodeksu pracy, to czułem się tak, jakbym pracował na śmieciówce u cwaniaka. Tym cwaniakiem była oczywiście sama uczelnia. Bo muszę w tym miejscu Wam wspomnieć, że na przełożonych nie mogłem narzekać. Trafiłem na najlepszą kierowniczkę na świecie (tak wspaniałego kierownika nie miałem już nigdy potem), można było szczerze porozmawiać, iść do niej z każdym problemem, a ona próbowała znaleźć rozwiązanie. Walczyła o nasze zarobki jak lwica. Starała się jak mogła, aby polepszyć nam byt, tylko co z tego, skoro wszystkie jej wysiłki rozbijały się o beton zalegający wyżej? Walka o podwyżkę dla najmniej zarabiających pracowników trwała ponad pół roku. W końcu dostaliśmy, Jego Magnificencja napisał do mnie list:
Szanowny Panie Magistrze (oni na uczelniach strasznie podniecają się tymi tytułami)! Mam niebywałą przyjemność poinformować Pana, że z dniem takim, a takim, podstawa pańskiego wynagrodzenia została podniesiona o 50 złotych i będzie wynosić 1250 złotych brutto. Z poważaniem, Jego Magnificencja profesor doktor habilitowany (teraz ja miałem się podniecić tytułem autora listu)...
Po tym uroczystym liście, odkryłem, że użyte tytuły naukowe absolutnie mnie nie podniecają. Dostałem za to takiego kopa, że w ciągu kilku dni udało mi się znaleźć pracę za znacznie większą stawkę niż ta, którą z niebywałą przyjemnością proponował mi Jego Magnificencja. Początkowo miałem ochotę mu napisać, co może zrobić z tymi 50 złotymi, ale odpisałem tylko, że składam wypowiedzenie.

Pomimo tych gorzkich słów na temat zarobków, pomimo częstego urwania głowy w trakcie intensywnych dyżurów, praca w bibliotece była świetnym okresem w moim życiu, do dziś ją dobrze wspominam. Jeśli się tylko chciało, można było się rozwijać. Dlatego z wielkim żalem pożegnałem koleżanki i kolegów i poszedłem dalej.

Biblioteka to skarbnica wspomnień i ciekawostek. Powyższy tekst to jedynie ich niewielki fragment, taka zajawka. Już wkrótce opublikuję na blogu kolejne. Oczywiście odpowiednio skatalogowane :) W następnej części: kilka słów o czytelnikach.
Read More