Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w trasie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w trasie. Pokaż wszystkie posty

Pamiątki z Londynu

Pamiątki z Londynu

Sklepy, stoiska, budy z pamiątkami... zawsze, gdziekolwiek pojadę, lubię sobie popatrzeć co tam sprzedają turystom. Raczej nie kupuję, bo nie mam takiej potrzeby, ale jak coś mi wpadnie w oko, to zrobię zdjęcie i najczęściej wrzucam je na bloga. Dzisiaj zapraszam na mały przegląd najciekawszych pamiątek z Londynu.

 Nie widziałeś królowej na żywo? Nic nie szkodzi, możesz sobie kupić własną.
Jeszcze Ci będzie machać na powitanie.

 Można też nabyć nieco mniejszą wersję, porcelanową. Jej Wysokości towarzyszy ukochany piesek. Ta królowa nawet może Ci się przydać. Zerknijmy z innej perspektywy:

 To solniczka!

 Do zestawu można dołączyć kubeczek z obecną monarchinią lub z przyszłym królem.

 Ewentualnie z kimś stojącym nieco dalej w kolejce do tronu. Albo jego zmarłą mamą.

 Odejdźmy na moment od monarchii. Marzyliście o misiu Jasia Fasoli?
Proszę bardzo, wystarczy skoczyć do Londynu.

 A jeśli sam chcesz się poczuć jak król, kup sobie zestaw do pieczętowania listów.

 Jeszcze tylko odpowiednie nakrycie głowy i gotowe!

 A na koniec mój absolutny hit - Henryk VIII i jego sześć żon.
Do powieszenia nad łóżkiem, na ścianę, albo na choinkę!
Read More

W jUKeju

W jUKeju
Od kilku dni przebywam służbowo na Wyspach, konkretnie gdzieś w Anglii.  Wyjazd z pracy, więc nie ma za wiele czasu na szwendanie się po mieście, ale ponieważ trochę tu posiedzę, to jest szansa na małą turystykę w weekend. Może uda się nawet skoczyć do Londynu, może uda się popełnić kilka wpisów na blogu. Na razie kilka luźnych spostrzeżeń kontynentalnego przybysza.

Nie jest to mój pierwszy pobyt w Wielkiej Brytanii, ale z pewnością jest najdłuższy. Chociaż już kręciłem się po brytyjskich ulicach, nawet w tym samym mieście co teraz, to jednak wciąż zdarza mi się zdziwić kiedy widzę samochody nadjeżdżające nie z tej strony.

A przecież od dzieciństwa wiem, że jeżdżą tu po lewej stronie. Mało tego, wiem dlaczego tak jest i historycznie rzecz biorąc to właśnie tutaj jeżdżą poprawnie, a my na kontynencie robimy to źle. Ale mimo to zawsze na którymś przejściu niemal wlezę pod nadjeżdżające auto. Już nie zliczę ile razy mnie obtrąbili. Codziennie mi się to zdarza. Dla takich jak ja powinny być napisy, jak ten poniżej:

Niestety taki napis spotkałem póki co tylko w jednym miejscu. Trudno, trzeba będzie uważać. Pozostaje mi się tylko cieszyć, że nie muszę tu prowadzić samochodu, bo o ile na prostej jeszcze bym sobie dał radę, to próba pokonania pierwszego ronda skończyłaby się kolizją. Wystarczy, że raz próbowałem jechać ze znajomym (on prowadził) i najpierw chciałem usiąść tam, gdzie u nas siada pasażer, a potem, siedząc na właściwym miejscu ciągle szukałem kierownicy ;)

Ale ruch uliczny to nie jedyny mój problem tutaj. Drugi jest równie poważny :)

Ktoś też mi tłumaczył dlaczego mają tu dwa oddzielne krany i jestem w stanie to zrozumieć. Ale dlaczego w jednym budynku w jednej łazience mamy normalny, europejski kran, a w drugiej dwa? Statystycznie rzecz biorąc woda jest letnia, ale w rzeczywistości lewą rękę mam poparzoną, a prawa marznie. Póki co macham rękami w obie strony, chlapiąc na prawo i lewo.

A to kolejny problem człowieka z kontynentu podczas pobytu na Wyspach:

Poprzednim razem zupełnie zapomniałem o innych wtyczkach zasilania i znajomi musieli ratować mnie swoimi ładowarkami. Tym razem zaopatrzyłem się w przejściówkę i jakoś się udaje, z tym, że przejściówka jedna, a ładowarek całe mnóstwo. Trudno, trzeba będzie zdecydować co ładować i mieć nadzieję, że kiedyś świat przejdzie na jeden standard.

A już tak na koniec - ciekawostka: kiedy 2 listopada będziecie się śmiać, że w sklepach w Polsce zaczęło się Boże Narodzenie, pomyślcie, że w UK trwa ono już od października :)


Read More

Hity ze straganów 2017

Hity ze straganów 2017
Morze, góry, plaża, czy baseny - tym głównie przyciągają nas turystyczne miejscowości. Ale jak wiemy każdy chce zarobić, dlatego w sezonie niemal na każdym wolnym skrawku ziemi wyrastają stragany z pamiątkami lub jedzeniem. Od wielu już lat moim "hobby" jest łażenie po tych straganach. Nie, nie przepuszczam tam pieniędzy, w zdecydowanej większości oglądam. Patrzę sobie na te same, powtarzające się co roku i w każdym miasteczku pamiątki Made in China. Czasem z przyklejonym napisem: "Mielno", "Ustka", "Łeba"... Wyszukuję czegoś oryginalnego, a przede wszystkim szukam hitów lata. Czegoś, co w danym roku potrafi zawojować turystami - tymi młodszymi, ale także i tymi starszymi. Swoje spostrzeżenia publikuję na blogu. W tym roku podzielę się z Wami trzema znaleziskami.

Pierwsze raczej Was nie zaskoczy, to absolutny hit 2017 roku - fidget spinner:

Cena od 4 zł (na Jarmarku Dominikańskim w Gdańsku) w górę. Widziałem też takie z ponad 100 zł. Oryginalne i (głównie) podróby. Kształt tradycyjny i niekoniecznie - np. w kształcie gwiazdki ninja albo tarczy Kapitana Ameryki. Te tańsze kupują głównie dzieciaki, ale droższymi interesują się dorośli. Nie jest niczym nietypowym kupujący, który ma już kilka spinnerów, ale kupuje sobie nowy. Mnie jakoś ten szał ominął, może to dlatego, że mam już te dzieści lat. A może po prostu nie kręci mnie kręcenie spinnerem. A uwierzcie mi, że nawet zastanawiałem się, czy sobie nie kupić. Ostatnio sporo stresów dookoła, a to podobno uspokaja. Pooglądałem, zakręciłem i jakoś nie oszalałem na punkcie tej zabawki. Ale co kto lubi. Jedno jest pewne, handlarze, którzy wyczuli szał, zrobili spore zamówienie z Chin, mają dzisiaj z tego spore zyski.

Hit drugi jest raczej dla najmłodszych, takich, którzy w swoich łapkach nie utrzymają jeszcze spinnerów:

To maskotki przedstawiające bohaterów popularnych kreskówek. Jasne, takie są co roku, ale jakoś w tym niemal na każdym straganie dostrzegłem zaskakującą ilość piesków z Psiego Patrolu. Nie wiem, może to fakt, że od jakiegoś czasu w moim domu lecą głównie bajki, może to dlatego, że dzielne pieski z kreskówki stają się coraz bardziej popularne. Ale gdzie się nie ruszyłem, to obok wspomnianych wyżej spinnerów wisiały psiaki z patrolu. I dobrze, bo to pozytywni bohaterowie z bajki, którą bez obaw można puszczać dzieciom. Szkoda tylko, że przy cenie jak z markowego sklepu dla dzieci, dostajemy jakiś taki kiepski produkt. No popatrzcie sami na zdjęcie wyżej, psiaki wyglądają jakby je potrącił samochód.

Hit trzeci - dla dorosłych i dla dzieci. I przy okazji mój prywatny hit lata:

Jest to hit gastronomiczny, obecny w każdej miejscowości, którą odwiedziłem w to lato. Od Helu, przez Władysławowo, po Gdańsk. Czasem różnie nazywany, mnie akurat przypadła do gustu nazwa z Helu - Bąbel Gofer. Tak, to stare dobre gofry, tylko w nieco innym kształcie - giętkie ciasto z bąblami, zwinięte w rożek, a do środka napakowane co tylko się da i jeszcze polane sosem. Bomba kaloryczna, katastrofa dla portfela, ale jakoś nie mogłem się opanować i codziennie musiałem sobie kupić jednego. Jakie to szczęście, że już wiem, gdzie takie sprzedają w Poznaniu. Jeszcze większe szczęście, że w miejscu, które nie jest mi specjalnie po drodze, więc jest nadzieja, że nie dostanę cukrzycy ;)
Read More

Nie taki parawan straszny

Nie taki parawan straszny
Oto zdjęcie zrobione na samym czubku Półwyspu Helskiego. Tam, gdzie zaczyna się Polska stoi pierwszy parawan.

Od kilku lat w wakacje parawany stają się tematem numer jeden w większości polskich mediów, zaraz obok Barszczu Sosnowskiego. Przyznam, że nie jestem tutaj bez winy, bo sam parę razy wyśmiewałem odgradzanie własnych działeczek nad morzem. Nie jestem pewien, ale coś na ten temat chyba nawet znalazło się na tym blogu i jak dotąd zdarzało mi się być jedyną osobą, leżącą na plaży i nieodgrodzoną od reszty rodaków. W sumie, to nie musiałem tego robić, bo wszyscy byli już odgrodzeni ode mnie. W tym roku jednak stało się inaczej, postanowiłem postawić na plaży parawan.

Urlop 2017 to dla Rodziny Nicponiów kilka dni (mniej lub bardziej słonecznych) spędzonych we Władysławowie. A jako, że po raz pierwszy w wakacyjnym plażowaniu uczestniczyli Nicponie w liczbie trojga, uwaga skupiła się na najmłodszym, zwanym na tym blogu Anakinem. Początkowo nie planowaliśmy wyposażenia się w parawan, ale skoro nasza kwatera oferowała go w zestawie, to postanowiliśmy wziąć ze sobą już pierwszego dnia.

Bez młotka, za pomocą znalezionego kamienia, rozstawiłem to plażowe cudo i okazało się, że to jednak całkiem przydatna rzecz. Szczególnie, gdy ma się małego brzdąca. Kilkunastomiesięczny Anakin oszalał na punkcie plaży i morza. Tu, tam, do wody, w piach. Jak każdy w tym wieku był nie do opanowania. A dzięki parawanowi, mogliśmy mieć kilka chwil odpoczynku, bo przynajmniej z trzech stron był odgrodzony. Kiedy więc skupił się na posiłku składającym się z ciasteczka z piachem, przez ten czas nic go nie rozpraszało. Choć trochę dało się ograniczyć jego zapędy do zabawy wszystkim, co tylko było na plaży i gramolenia się na cudze ręczniki. A i przy przewijaniu (z różnych powodów uważam, że taki maluch nie powinien biegać na golasa po plaży), oszczędziliśmy innym plażowiczom wątpliwej przyjemności oglądania tego, co się działo na naszym stanowisku. Do tego wiatr nie porwał piłki, wiaderka i paru innych drobiazgów... cóż za rok chyba sobie kupimy swój parawan.

Te argumenty, to tylko część, przedstawiona przez rodzinkę z małym dzieckiem. Każdy pewnie może przedstawić kilka innych (np. ochrona przed wiatrem), ale sam ze zdziwieniem odkryłem, że te parawany nie są takie złe. Oprócz wad, mogą też mieć jakieś zalety i chyba nie ma co robić z nich wielkiej sensacji. A we Władysławowie nawet ratownicy sobie z nimi poradzili - aby bez przeszkód dobiec do brzegu, utorowali sobie drogę własnymi parawanami :)
Read More