Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydarzenia. Pokaż wszystkie posty

Panie Bohdanie...

Panie Bohdanie...
...wygląda na to, że tam po drugiej stronie szykują jakiś program kabaretowy na święta. Może potrzeba kogoś kto zna się na produkcji bombek (oczywiście choinkowych). A może potrzeba ekspedienta, który będzie sprzedawać towar z tyłu jakiegoś niebiańskiego sklepu. Kto wie, być może potrzebny był tam Edzio - listonosz, w końcu ktoś musi przynosić rentę pani Krysi Feldman.

Panie Bohdanie, dziękuję za chwile śmiechu i refleksji. Dziękuję za "Sześć dni z życia kolonisty", które w dzieciństwie słuchałem tak intensywnie, że dziś kaseta nie nadawałaby się do odsłuchania. Dziękuję za skecze z Teya, które stały się dla mnie ważnym uzupełnieniem lekcji historii.

Dziękuję wreszcie za tę piosenkę (wciąż tak bardzo aktualną), która tak często dźwięczy mi w głowie w drodze do pracy, która wiedzie Garbarami - szarymi marami. Odpoczywaj w pokoju!


Read More

Jest jeszcze nadzieja na jedność

Jest jeszcze nadzieja na jedność
W ostatnich dniach, a już najbardziej dzisiaj, zaobserwowałem bardzo ciekawe zjawisko. Dało się zauważyć jak wiele osób żyje udziałem Polaków w Euro 2016. Po ulicach jeździły auta przystrojone w chorągiewki, na wielu domach wisiały flagi. Spotkani bliżsi i dalsi znajomi zagadywali o typy na starcie Polska - Irlandia Północna, czy o szanse na wyjście z grupy. Sam Facebook zmienił się nie do poznania. Choć w gronie znajomych mam osoby o na prawdę różnych poglądach i nie raz z zażenowaniem obserwowałem bezsensowne kłótnie, tym razem tablica była po prostu biało-czerwona. Mało tego, po meczu pewien mój znajomy wrzucił zdjęcie piłkarzy, a drugi zalajkował i nawet sobie przyjaźnie dyskutowali w komentarzach na temat gry naszych. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że pierwszy to działacz partii, która już rządziła, a drugi to działacz tej, która właśnie rządzi, a rozmowy obu zazwyczaj kończą się rzucaniem wyzwisk, przy których "debil" to najdelikatniejsze określenie.

Nie ma co ukrywać, że jesteśmy bardzo podzielonym narodem. Linia podziału najczęściej przebiega pomiędzy obozami sympatii politycznych, ale zdarzają się też inne podziały. Wystarczy, że ktoś osiągnie sukces, komuś się w życiu uda, ktoś zyska rozgłos, a już rodacy dzielą się na dwie grupy - zwolenników i bezwzględnych hejterów. Coraz częściej możemy też zaobserwować podziały pod względem religijnym. Dzisiaj jednak udało się wyczuć niespotykaną u nas jedność. Młody, czy stary, zagorzały fan piłki, czy ktoś, kto nawet nie wie na czym polega spalony, każdy był w pewnym stopniu zainteresowany meczem. I nie ma na tę atmosferę większego wpływu fakt, że wygraliśmy ten mecz. Łączyć może także wspólne śpiewanie, że nic się nie stało lub wspólne narzekanie na beznadziejnych kopaczy.

Pamiętam jak byłem na Erasmusie, to był rok 2006 i trwały eliminacje do Euro 2008. Razem z grupką Polaków znaleźliśmy w Rydze pub, w którym transmitowano wszystkie mecze. Poznaliśmy tam grupę innych Polaków, sporo od nas starszych, robotników z jakiejś firmy, teoretycznie nie było szans na zawarcie znajomości. A jednak zaprzyjaźniliśmy się i każde wspólne kibicowanie było dla nas wszystkich wielką przyjemnością. I nie ważne, że raz haniebnie przegraliśmy z (o ile dobrze pamiętam) Finlandią, a innym razem nieoczekiwanie pokonaliśmy Portugalię. Byliśmy wszyscy razem. A pamiętacie Euro 2012? Ja pamiętam mecz Polska-Rosja i atmosferę w poznańskiej strefie kibica. Szczególnie tę radość po golu Kuby Błaszczykowskiego, gdy obcy ludzie w biało - czerwonych koszulkach padali sobie w ramiona. A po meczu wspólne śpiewanie na ulicach, powrót do domu w atmosferze radości, mimo, że mecz zakończył się remisem i nasze szanse na wyjście z grupy stały się niewielkie.

Nie mówię, że to lekarstwo na wszystkie nasze narodowe bolączki, bo takiego nie ma. Ale może właśnie kibicowanie reprezentacji może nam wreszcie pomóc. Na poziomie ekstraklasy nie, to chyba jasne, ale na poziomie reprezentacji narodowej znów można poczuć tę jedność. Nie ma zwolenników takiej czy innej partii. Nie ma lepszych i gorszych sortów, są po prostu Polacy. Zjednoczeni chociaż na jeden dzień, albo na tych 90 minut. Mam nadzieję, że nasi wyjdą z grupy i ta niecodzienna atmosfera jedności potrwa nieco dłużej.
Read More

Teczką go!

Teczką go!
Oho, znów okładają się teczkami. Znów przez długi, długi czas rozwój, przyszłość, gospodarka staną się nieważne, bo cały kraj będzie się taplać w przeszłości i tym, co już dawno powinno być jedynie rozdziałem w podręczniku historii. W najnowszej kampanii teczkowej, jako pierwszy obrano cel grubego kalibru, ale coś mi mówi, że na Wałęsie ta zabawa się nie skończy. Jeszcze niejedna teczka wyskoczy, jeszcze niejeden będzie się tłumaczył. Tylko, czy to wszystko ma sens?

Nie mnie oceniać prawdziwość odnalezionych materiałów na temat Lecha Wałęsy (i nie tylko do jego teczki odnosić się będzie ten tekst). Zacznijmy od tego, że brakuje mi do tego kompetencji, nie jestem historykiem, nie znam się na stwierdzaniu autentyczności dokumentów. Nie znam osobiście prezydenta Wałęsy, nie widziałem tych dokumentów i co najważniejsze... urodziłem się tak późno, że z PRLu to ja pamiętam kolejki przed sklepami i Smerfy na dobranoc. Własne zdanie mogę sobie wyrobić na podstawie artykułów z prasy i moja opinia będzie zależeć od tego czy bardziej przekonująca wyda mi się niezależna.pl, czy też natemat.pl Mogę też dać sobie spokój z medialną propagandą i oprzeć się na wspomnieniach tych, którzy te czasy pamiętają aż za dobrze.

Każda rodzina jest skarbnicą wiedzy historycznej, każda polska rodzina przeżyła bardzo wiele w ciągu ostatnich stu lat. Moja rodzina ma to do siebie, że uwielbia opowiadać jak to kiedyś było. Jesteśmy gadułami, ale lubimy też słuchać. W ten sposób poznałem najnowszą historię Polski z perspektywy zwykłych, szarych ludzi. Historię pisaną nie patetycznym tonem, lecz losy normalnych ludzi, którzy często nie wiedzieli co przyniesie kolejny dzień, a co tu dopiero mówić o perspektywie kilkudziesięciu lat.

Jedna z tych opowieści dotyczy mojej krewnej, którą pewnego dnia zabrano na przesłuchanie do SB. Zarzut był w sumie idiotyczny, jakiś donos napisany przez zazdrosnego kolegę z pracy. Jednak z jakiegoś, znanego tylko bezpiece powodu, postanowiono potraktować go poważnie. Jak wyglądało przesłuchanie - tego nie wiem. Pomimo mojej dociekliwości nie chciała podać szczegółów, ważne, że esbecy po kilkunastu godzinach postanowili ją wypuścić. W pamięć zapadło mi takie zdanie: "To było straszne miejsce. Nie dziwię się tym, którzy dali się złamać. Po godzinach tam spędzonych, byłam gotowa podpisać każdy papier, byle tylko wrócić do domu." Przyznam, że zrobiłem wielkie oczy. Jak to podpisać? Co podpisać? Zauważyła to, powiedziała tak: "Dzieciaku, co Ty możesz wiedzieć o bezpiece i przesłuchaniach? Jesteś szczęściarzem, bo nie wiesz jak to jest, kiedy przesłuchuje Cię dwóch drani, a Ty wiesz, że w domu czeka na Ciebie małe dziecko. Nie oceniaj, dopóki sam czegoś takiego nie przeżyjesz." Czy podpisała? Nie, bezpieka dała sobie z nią spokój, choć po latach dowiedziała się, że od czasu do czasu ją "sprawdzali", tak dla pewności. Ale to doświadczenie wpłynęło na jej postrzeganie medialnych rewelacji, w stylu tych obecnych. Zaś rodzinna opowieść sprawiła, że i ja - dzieciak urodzony w 1983 nie wyrywam się z oskarżeniami.

Żyjemy sobie w bezpiecznych czasach, chyba najbezpieczniejszych i najlepszych od kilkudziesięciu (a może nawet kilkuset) lat. Skąd możemy wiedzieć co czuli nasi rówieśnicy 30 lub 40 lat temu? A czy jesteśmy pewni jak sami byśmy się zachowali będąc na ich miejscu? Czy w obliczu odwróconego taboretu, ścieżki zdrowia, gróźb pod adresem najbliższych byłbym taki mądry i zachował się bohatersko? Szczerze, nie jestem tego pewien. Pewien jestem tylko tego, że każdy mógł popełnić błąd, bardziej lub mniej świadomie. A jeśli faktycznie go popełnił, to warto popatrzeć na niego z perspektywy całego życia, a nie jednego wycinku. I czy właśnie nie tego nas uczą w szkole czy w kościele? Czy Kmicic był zdrajcą, czy obrońcą Jasnej Góry? Czy Paweł z Tarsu jest wielkim chrześcijańskim świętym, czy mordercą chrześcijan?
Read More

Na wybory... kilka myśli takich moich

Na wybory... kilka myśli takich moich
Muszę się Wam przyznać, że odkąd przestałem oglądać programy informacyjne, żyje mi się jakoś lepiej. Tak spokojniej. Zaczęło się od majowej kampanii prezydenckiej, kiedy to nawał pracy sprawiał, że wracałem do domu padnięty i na telewizję i internet nie było już sił. Kiedy firma trochę wyluzowała, stwierdziłem, że te gadające polityczne głowy tylko mnie wkurzają i odpuściłem sobie wszystkie Wiadomości, Wydarzenia, Fakty i inne takie. Nie żebym się nie interesował tym, co się dzieje w Polsce i na świecie. Interesuję się, tyle, że ograniczyłem codzienną prasówkę (internetówkę?) do przejrzenia nagłówków na kilku portalach. Jeśli coś mnie zainteresuje, to sobie czytam co też napisali ci, którzy znają prawdę, a potem wchodzę na ten drugi portal, żeby wiedzieć co piszą ci, którzy tą prawdą "bezczelnie manipulują", ewentualnie ich prawda jest prawdziwsza. I dzięki temu wiem jak to wygląda z obu stron. A pewnie i tak się okaże, że prawda brzmi zupełnie inaczej.
Wybory już za kilka dni i chwała Bogu, bo choć dostęp serwisów informacyjnych do mojej głowy na czas kampanii ograniczyłem jeszcze bardziej, a na plakaty zaśmiecające ulice staram się nie zwracać uwagi, to kampania postanowiła mnie bezczelnie zaatakować na fejsie. Okazało się, że połowa moich fejsowych znajomych to fanatyczni zwolennicy jakiejś partii, zaś pozostali to fanatyczni wrogowie jakiejś partii. Jakoś tak mniej ostatnio widzę zdjęć dzieci, pieluch czy skatowanych piesków. Nie przypuszczałem, że zatęsknię za codzienną relacją znajomej na temat "kupki Alanka". Widać nawet fejsbukowe mamy wrzucają teraz polityczne memy. Skoro nawet profil wrzucający ciekawostki z historii zaczął pisać o tym jaka Polska będzie wspaniała, gdy wygra Ktośtam, to znaczy, że trzeba się wylogować. Dla pewności powstrzymam się od mediów społecznościowych do trzeciego dnia po ogłoszeniu wyników włącznie - aż kurz opadnie, a łzy przegranych osuszy jesienny wiatr.

I Wam też to radzę. Nie trzeba się katować informacjami, żeby wiedzieć na kogo głosować. Teraz, kiedy do głosowania został mniej niż tydzień, politycy nie przekażą nam nic nowego. Będą tylko obrzucać się błotem lub snuć coraz bardziej fantastyczne obietnice. Przecież na dobrą sprawę każdy z nas to wszystko już słyszał, od jednych czy od drugich. Trzeba te wszystkie obietnice podzielić przed 2, albo nawet przez 4. Pamiętajcie Kochani, że nikt nie zrobi Wam tak dobrze jak Wy sami sobie zrobicie. I wiem to z własnego doświadczenia - maturę zdawałem za Millera, studia kończyłem za Kaczyńskiego, a obecną pracę, dom i inne takie zdobyłem za Tuska. I żaden, na prawdę żaden z tych trzech nie miał wpływu na to, że dzisiaj jestem zadowolonym z życia, szczęśliwym człowiekiem. Jasne, dzięki Millerowi zdawałem starą maturę (eksperymentalny rocznik 83), ale czy ona faktycznie była łatwiejsza? Dzięki Kaczyńskiemu i Tuskowi (jeden wprowadził, drugi przedłużył) mogłem skorzystać z Rodziny na Swoim, ale i bez niej bym sobie poradził. Jedyną osobą, która miała na to szczęście wpływ jestem ja. No, jeszcze Nicponiowa ;)

I żaden polityk nie będzie mi wmawiać, że wie co dla mnie jest dobre i że mnie uszczęśliwi. I Wy też nie dajcie sobie tego wmówić.
Read More

O sklepikach szkolnych

O sklepikach szkolnych
Przyznam, że temat zakazu sprzedaży słodyczy w szkolnych sklepikach jakoś mało mnie obszedł. Szkołę skończyłem dawno temu, dzieci nie posiadam, więc była to dla mnie taka ciekawostka. Coś tam napisali w sieci, ktoś dzieciaty w pracy o tym wspomniał i tyle. Zakazali, to zakazali. Co mnie to obchodzi...

Tylko, że dzisiaj zdarzyło się coś, co mnie zastanowiło. Podjechałem na stację benzynową, dopiero potem zorientowałem się, że w pobliżu jest szkoła. Zatankowałem i poszedłem zapłacić. Chwilę stałem w kolejce, kiedy odezwała się do mnie dziewczynka, może dziesięcioletnia: "Przepraszam, czy przepuści mnie pan? Muszę do szkoły." Jasne, przepuściłem i zobaczyłem, że mała wykłada na ladę kilka batoników, colę i coś tam jeszcze. Jeszcze zapytała się sprzedawcy, czy starczy jej na to 20 złotych. Kiedy powiedział, że tak, wyraźnie się ucieszyła (aż podskoczyła z radości). Zapłaciła i pobiegła. Przy okazji przebiegła komuś przed maską - całe szczęście, że nikt nie rozwija wielkich prędkości koło dystrybutorów. Potem widziałem tylko jak przebiegła ulicę - nie jakąś mocno ruchliwą, ale jednak dość często uczęszczaną (dwa pasy, tory tramwajowe).

I tak sobie pomyślałem, że rozumiem potrzebę odchudzania dzieciaków, rozumiem, że powinny odżywiać się zdrowo, a batoniki i chipsy to puste kalorie, cukrzyca i nadwaga. Ale skoro dzieciaki i tak znajdą sposób na zakup słodyczy, bo pokusa ich jedzenia jest taka duża, to może niech już kupią tego batona w szkole? Już chyba lepiej, żeby robiły zakupy na terenie szkoły a nie latały po ulicach, a potem pędziły przez ulicę, żeby zdążyć przed dzwonkiem? Bo tylko na podstawie tego, co widziałem dzisiaj, jestem gotów stwierdzić, że z tym zakazem będzie tak jak z marihuaną - niby nie wolno, ale ten kto chce i tak ją zdobędzie, tylko w trochę bardziej niebezpieczny sposób.
Read More